Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Żywiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Żywiecki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2015

Pilsko - czyli o tym, jak zeszliśmy na złą drogę

Wbrew pozorom dzisiejszy post nie będzie o tym, jak ulegliśmy demoralizacji podczas wycieczki na Pilsko, nie będzie żadnych narkotyków, używek, itepe, jedynie odrobina bezprawia, ale o tym potem, wszystko w swoim czasie.
W połowie marca, wreszcie zostawiwszy za sobą sesję zimową i doczekawszy się dogodnej pogody postanowiliśmy wyruszyć na Pilsko. Nasz plan początkowo był o wiele bardziej ambitny, zakładał bowiem jeszcze jakieś Rysianki, Romanki, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że na początek trzeba przetestować kondycję, rozruszać kości po zimowym gniciu przed kompem i nie ma sensu wypruwać flaków na pierwszej od całych eonów wyprawie. Startujemy około 13:30 z Glinnego. Początek wędrówki był beztroskim spacerkiem, dopóki nie zapadłam się w śnieg aż po samo udo. Gdyby nie ci, którzy przecierali nam szlak byłoby jeszcze bardziej wesoło. Momentami jest bardzo ślisko, zwłaszcza przy ostrzejszym podchodzeniu. Generalnie jednak słońce przygrzewa, a kondycja nie woła jakoś szczególnie o pomstę do nieba więc jest ok.

 Tej wiosny celebryci nosza okulary do spawania xD

 błotko ;3
 królowa jest tylko jedna !

Tym razem postanawiamy wejść na szczyt niebieskim szlakiem, tak dla odmiany. Mam wrażenie, że pod szczyt docieramy w tempie ekspresowym, mimo tego całego grzęźnięcia w zaspach po same kolana
Zdjęcie tego nie oddaje, ale Tatry naprawdę wydawały się wtedy być na wyciągnięcie ręki, rzut beretem, czy śnieżką. Oczywiście zdjęcie oddaje bardzo mało, bo mam chujowy aparat (wrażliwych przepraszam za dosadność, ale lubię nazywać rzeczy po imieniu xD)





  Pod samym szczytem tracimy jednego z uczestników wyprawy, który stoczył się w lodową otchłań - butelkę Pepsi, którą Sztur położył na oblodzonej górce, kompletnie nie przewidziawszy, że lód jest śliski, więc butelka stoczy się w dół XD Ostatecznie jednak akcja ratunkowa się udaje, butelka wyszła z tego bez szwanku, ale była lekko wstrząśnięta tą przygodą hehe.

Kiedy w końcu jesteśmy już na Górze Pięciu Kopców doznaję szoku... Gdzie mój ulubiony kosodrzewinowy labirynt! Ale potem patrzę pod nogi i widzę jedynie wystające spod śniegu czubki choinek... hmmm, faktycznie sporo tego śniegu.

 Stoimy chwilę, wiatr smaga nas po mordach, ale do szczytu jeszcze kawałek, więc ruszamy co chwila zapadając się w śnieg i choinki xD Na szczycie nie ma prawie nikogo, mamy całe Pilsko dla siebie!

 Interstellar dla ubogich
 Kiełbasa i buła najlepsze w górach!

Planowo mieliśmy czekać do zachodu słońca, ale do zachodu jeszcze ponad godzina, a nam jakoś tak po pierwszych 5 minutach, kiedy wszystkie członki zaczęły zamarzać, ten plan wydał się coś mało atrakcyjny xD Ostatecznie jednak stwierdzamy, że może warto się poświęcić, ale żeby  jakoś przetrwać postanawiamy schronić się w śnieżnej jamie, gdzie przynajmniej nie wieje...
...a w dodatku może być całkiem przytulnie xD
Powoli zamarzamy, czas wlecze się niemiłosiernie, zawsze zachód dopadał nas za szybko, a teraz musimy czekać i czekać... próbujemy nawet rozpalić ognisko (odrobina bezprawia, o której wspomniałam na początku, pewnie spodziewaliście się czegoś bardziej niegrzecznego, przykro mi xP)
I w końcu zaczyna się, prawdziwy spektakl! Naprawdę warto było marznąć i czekać do zachodu, zwłaszcza z perspektywy czasu bardzo miło to wspominam, bo wtedy ciężko było się tym w 100 % delektować, myśl o amputacji stóp była dominująca xD



a tutaj widzimy śnieżnego australopiteka xD
 Obserwowanie chowającego się za horyzont słońca - 10/10. Trochę szkoda, że niebo było wtedy absolutnie bezchmurne, ale cóż, nie można mieć wszystkiego xP
Kiedy slońce znika całkowicie. postanawiamy rozpocząć powrót, co trochę słabo widzę, ale witaj przygodo! Ze szczytu Pilska przez większość trasy zjeżdżamy na dupie, ja mam opory, bo boję się, że nie uda mi się w porę wyhamować i spadnę w przepaść, więc początkowo postanawiam schodzić bokiem stoku, gdzie jednak trafiam na bardzo oblodzone miejsce, dostaję ataku paniki, trzymając się kurczowo bezpiecznego drzewa i mówiąc, że nigdzie nie idę, chyba, że wezwą GOPR xd ostatecznie ziomeczki zarządzają akcję ratunkową, a ja zostaję łajzą roku ;_;
Kiedy docieramy do schroniska jest już ciemno. I tutaj zaczynają się pierwsze problemy ze znalezieniem szlaku, ale ostatecznie jakoś wchodzimy w las i przez pewien czas podążamy szlakiem, choć jest cholernie ślisko, a w tych egipskich niemalże ciemnościach, kiedy idę wąską ścieżką po śniegu o oblodzonej powierzchni, a z lewej strony zieje przepaść (dobra, przesadzam z tą przepaścią, ale było stromo całkiem) przypomina o sobie mój lęk wysokości. Nogi mam jak z waty, ale idę, bo cóż innego mogę zrobić. W pewnym momencie przypominam sobie, że od jakiegoś czasu nie widziałam szlaku. Ale niby na ścieżce jest całkiem sporo śladów butów, więc może po prostu przeoczyłam oznaczenia? W końcu wychodzimy na jakąś małą polankę i jestem już pewna, że zboczyliśmy ze szlaku. Nikt z nas nie ma co do tego wątpliwości. Co robić? Wracać się nie opłacało, więc uznaliśmy, że choć to misja zakrawająca na samobójczą, będziemy się kierować w dół, brnąć w kompletnie nieznane, zmierzając w stronę światła, choć z reguły chyba nie warto tego robić, ale najwyżej zginiemy. Właściwie wtedy myślałam, że to jedyne możliwe zakończenie tej historii xD Śladów przed nami coraz mniej, ale wciąż jakieś były, więc ktoś kiedyś tędy szedł, całkiem niedawno nawet, więc albo wyszedł gdzieś w cywilizacji, albo natkniemy się na świeże zwłoki, które pewnie moglibyśmy jakoś wykorzystać do przetrwania. Oglądanie Beara Gryllsa może nie pójdzie na marne. Śladów niedźwiedzi na szczęście nie widać. Idziemy. Przedzieramy się przez zaspy, przedzieramy się przez ośnieżone chaszcze, milion gwiazd świeci nad nami, ale my wtedy tego nie widzimy, jesteśmy zbyt pochłonięci ratowaniem tyłka, by doceniać piękno nieboskłonu. Co jakiś trzeba trawersować zbocze, albo zjeżdżać na tyłku w ciemną otchłań lasu, gdzie czaić może się wszystko. Zastanawiałam się, ile czasu minie, zanim znajdą nasze zwłoki, mając nadzieję, że mama nie będzie musiała się zbyt długo martwić, że jakiś zwyrol mnie zabił i zgwałcił czy jakkolwiek zbezcześcił. Nikłe światła co chwilę migoczą przed nami między gęstymi drzewami, ale wcale się nie przybliżają. Idziemy, idziemy, idziemy. Telefon rozładowany, więc nawet nie mogę się pożegnać z bliskimi i napisać im, jakie kwiaty mile bym widziała na moim grobie. Zimno w stopy. Mokro w tyłek od tego zjeżdżania na nim. Zginiemy. I właśnie wtedy, gdy nadzieja zaczęła we mnie umierać, wychodzimy na polankę, z której bardzo wyraźnie widac, że mamy już niedaleko do cywilizacji! Spoglądam w niebo i robię wow na widok tych wszystkich gwiazd, oddycham z ulgą i zaczynam cfaniakować, że przecież wcale nie było tak źle, że mogłabym tak jeszcze raz, jeszcze dłużej XD Idziemy jeszcze chwilę i trafiamy do asfaltu, który niemalże mam ochotę ucałować i po chwili jesteśmy przy Korsarzu. Jesli liczyliście na jakiś podniosły morał w stylu, że w góry przede wszystkim zawsze trzeba zabierać zdrowy rozsądek, bla bla bla, to się przeliczyliście. Z perspektywy czasu to była naprawde super przygoda, a ja lubię się gubić, a potem bać i wmawiać sobie, że umrę, to całkiem ekscytujące, polecam xD

Dawno nie było muzyczki, więc wrzucam  https://www.youtube.com/watch?v=ZEAKJw8Cz1c
Przy okazji polecam cały soundtrack z Drajwa, i sam film. Dla tych, którzy to czytają i jeszcze nie widzieli: powinniście zrobić to NATYCHMIAST, zresztą, nie wierze, byście mieli coś lepszego do roboty ze swoim życiem. xD


piątek, 12 grudnia 2014

Pszygoda na Diablaku



Gdzieś kiedyś czytałam,że wschód słońca na Babiej to jedna z rzeczy, które trzeba zobaczyć  przed śmiercią, więc końcem lipca,  zebrawszy ekipę podobnych sobie pojebów, wyruszyłam do Zawoi by na własne oczy zobaczyć to widowisko.  I, jak się potem okazało, ze śmiercią poigrać.

Prognozy nie napawały optymizmem, my jednak uznaliśmy, że byle deszczyk nam nie straszny, zresztą gdy pakowaliśmy nasze zadki do Korsarza słoneczko świeciło radośnie na nieboskłonie i nic nie zapowiadało nadciągającej tragedii.

Jakoś tak w okolicach Żywca na przedniej szybie pojawiło się kilka wielkich kropel deszczu, a zaraz potem z nieba lunął strumień wody  i po chwili już kompletnie nic nie było widac, zupełnie jakbyśmy zanurzyli się w morskich głebinach xP W dodatku pioruny śmigały dookoła, więc postanowiliśmy zaparkować przy najbliższej stacji benzynowej, przeczekać to pogodowe gówno, wypić herbatę, zapalić szluga i  podziwiając  rozdzierające niebo błyskawice zastanowić się, co robić z życiem. Minęła nam na tym jakaś godzina. W końcu pogoda trochę się uspokoiła i stwierdziliśmy, że raz kozie śmierć, jedziemy na babią, najwyżej tam zginiemy, a  to w sumie całkiem spoko miejsce na śmierć.

Wędrówkę zaczynamy w Zawoi Markowej, na teren parku przemykając bez biletu, bo kasa  szczęśliwie była zamknięta. Dzięki temu miałam pieniądze, by kupić sobie jakieś bieda jedzenie następnego dnia XD

Na początku jak zwykle jest cienszko,  ale w miarę szybko docieramy do Markowych Szczawin,  skąd ruszamy żółtym szlakiem na szczyt, zamierzam stanąc oko w oko z moim lękiem wysokości.  No i okazało się, że nie taki Diablak straszny, jak go malują ;_; Wędrując  nad przepaścią czułam się może nie jakoś szczególnie odprężona i zrelaksowana, ale też daleko było mi do stanu przedzawałowego. Może dlatego, że przepaść  tonęła we mgle i tak naprawdę, gdy spoglądałam w dół, to było widać jedynie  puszyste mleko, które wyglądało na całkiem miękkie do lądowania przy ewentualnym upadku.

 Złowrogi Diablak. Sceneria dość depresyjna.

Nogi  zgalaretowaciały mi jedynie przy klamerkach, ale ostatecznie jakoś się wgramoliłam do góry.
 A tam czekały na mnie takie oto widoczki:




Potem już tylko pohasać w stronę szczytu, gdzie wiało pieruńsko. 5 minut na i przemarzłam do szpiku kości. Nawet baton, który miałam w torbie zamarzł całkowicie i próbując się nim posilić prawie rozstałam się z przednimi zębami.
 Matka boska babiogórska iksde

Po ostatniej wizycie na Babiej napalałam się na jakiś ładny zachód słońca, ale tym razem nic prócz mleka nie było dane nam zobaczyć.
Ze szmat i koców zrobiliśmy sobie bazę, pseudonamiot, by jakoś przekoczować do wschodu słońca. Zapasowa koszulka Szczura posłużyła mi za szalik. Sądzę, że Bear Grylls byłby z nas dumny, widząc jak walczymy o przetrwanie.

Kiedy zrobiło się ciemno, pogoda się poprawiła. Na niebie zaczęły się pojawiać gwiazdy w ilościach hurtowych, ale podziwianie ich wiązało się z wyjściem z bazy i wystawieniem tyłka na zimny wiatr. Pewnie wyjdę na nerda, ale migoczące  czerwone światła odległych miast przywodziły na myśl Mordor ;_; Niestety nie udokumentowałam tego zdjęciem, bo mój aparat nie wyrabia w takich warunkach oświetleniowych. Więc kiedy już go używałam, to do robienia samojebek w bazie, by jakoś zabić nudę XD

Czas mija. Dobija 23. Jest źle. Jest naprawdę podle zimno. Marzną mi pięty. Piszę pożegnalne smsy do znajomych.  Dobrze, że chociaż żaden niedźwiedź nie zapukał do naszej bazy. Szczur nie chce się z nami integrować w bazie, stoi na zewnątrz i co jakiś czas informuje nas o dziwnych rozbłyskach na horyzoncie, kracząc, że to burza. Tego nam brakowało do pełni szczęścia. Ewakuacja ze szczytu byłaby przedsięwzięciem dość karkołomnym, nie byliśmy jakoś szczególnie przygotowani do złażenia w nocy, zero latarki, nawet baterie w telefonach nam padały. W końcu jednak podkulamy ogon i czmychamy na ślepo, nie mając pojęcia, co robimy. Obrazek niech posłuży za komentarz.


Kontynuujemy naszą samobójczą misję. Gdy docieramy do kosodrzewiny, rozkładamy się na ścieżce i podziwiamy gwiazdy, zastanawiając się, czy w koso żyją niedźwiedzie. Właściwie to  moglibyśmy tam zostać do rana, kosodrzewina bowiem dobrze chroniła przed zimnem i wiatrem, ale w końcu strach przed „burzą” szczura i ewentualnymi nieproszonymi gośćmi  bierze górę xP
Gdzieś przed nami, w okolicy Małej Babiej majaczy światło. Wydaje nam się, że pulsuje, że delikatnie się zbliża w naszą stronę i myślimy sobie, że to może jakiś podobny nam szaleniec, ale po chwili okazuje się jednak, że światło stoi w miejscu. Przypominają mi się różne legendy, jakie o Babiej czytałam. Na ciele pojawia się gęsia skórka. Z pewnością to wina chłodu, kto by tam się bał jakichś demonów z legend. Kiedy dochodzimy do skrzyżowania szlaków okazuje się, że światło zniknęło bez śladu. Dziwne rzeczy, naprawdę.  Potem jeszcze tylko jakieś 15 minut według szlakowskazu, które przemierzamy już w ciemnościach absolutnych i które wydają się trwać całe eony. I wreszcie Markowe Szczawiny. Wchodzimy do środka, rozglądamy się niepewnie, namierzamy całkiem wygodnie wyglądającą ławkę w holu i postanawiamy na niej spędzić noc. Budzą nas dopiero krzątający się wokół ludzie, którzy mają okazję do podziwiania naszych malowniczo rozwalonych zwłok. No tak, 8 rano. Przespaliśmy wschód słońca, kto by się spodziewał ;_;
Postanawiamy zejść do Markowej i pokręcić się po okolicy, ja proponuję, by udać się na Jałowiec, gdzie byłam w zeszłym roku i było fajnie wtedy. Szlaku nie znałam, bo szłam wtedy od dupy strony, czyli od Koszarawy. Także po raz kolejny: witaj przygodo! Kiedy schodzimy do Markowej mijamy grupkę jakichś starszych turystów, którzy zaczepiają nas i pytają „hej, czy to nie wy spaliście na ławce w schronisku?” ;_; Nie tak chcieliśmy zostać zapamiętani ;_; Próbujemy jakoś ratować naszą reputację (?) i opowiadamy o heroicznym (tudzież głupim) wyczynie schodzenia z Babiej w środku nocy. Poskutkowało. Przestają na nas patrzeć, jak na żuli. Zaczynają patrzeć jak na wariatów ;_;
W Zawoi kupujemy coś na ząb, w moim przypadku jest to bardzo biedna konserwa o nazwie „szynka polska”, za którą Polacy powinni się wstydzić. Boże, żarcie dla psów smakowałoby lepiej. Nie jestem w stanie tego jeść, wszystkich odrzuca już sam zapach i oślizgła konsystencja. NIE POLECAM!

Potem usiłujemy znaleźć szlak na Jałowiec. Nie mamy mapy, której zapomniałam zabrać z domu -.-' Pytamy w punkcie info, ale kobieta miała problem ze zlokalizowaniem Zawoi na mapie, więc idziemy dalej, do kolejnego punktu info, połączonego z galerią (zdjęcia naprawdę MEGA!), gdzie siedzi bardzo miły człowieczek. Pyta, skąd idziemy, więc odpowiadamy, że z Babiej. On zdziwiony, że tak wcześnie, więc opowiadamy mu historię naszego życia. Chłop jest wzruszony, łezka kręci mu się w oku, opowiada, że też kiedyś miał podobne przygody, zanim… i tu spogląda ze smutkiem na swoją obrączkę ślubną XD Opowiada nam także parę historyjek o niedźwiadku z Babiej, który lubi zapuszczać się pod schronisko i wyjadać ze śmietnika skórki bananów (dobrze, że go nie spotkaliśmy, bo akurat nie miałam przy sobie żadnej skórki banana i jeszcze by się misio wściekł i na moją skórę połasił). Kiedy odchodzimy nawet chce częstować nas kawą i czekoladą. Pozdro dla tego pana, który i tak tego nie przeczyta!
A więc szlak niebieski. Nie wiem, jak to się stało, ale pogubiliśmy się sromotnie. Błądziliśmy przez kilka godzin, aż w końcu złapała nas burza, która dreptała nam po piętach od dnia poprzedniego, a właściwie to mieliśmy wrażenie, że prześladuje nas od Małej Fatry. Dodać muszę, że przez najbliższy tydzień grzmiało za każdym razem, kiedy wychodziłam z domu, a nad głową ciągle wisiały mi burzowe chmurki, fatum jak nic xD  Właściwie to był to dzień bardziej rekreacyjny, wyczynów mieliśmy już dość. Szwendaliśmy się po lesie z nadzieją, że znajdziemy szlak, ale też bez jakiejś szczególnej spiny.
 Przy drodze znajdujemy coś, co wygląda jak bardzo zdezelowana maskotka, ale tak naprawdę to chyba jakiś zmutowany grzyb, czy ki diabeł. Aż chciałoby sie psytulić ;3

W końcu wracamy do samochodu, gdzie jesteśmy napastowani jeszcze przez jakiegoś lokalnego kloszarda spod sklepu. Za suchą beskidzką postanawiamy zrobić sobie przerwę na jakieś papu. Kupujemy 30 kotletów hamburgerowych na promocji, trochę bułek, sos czosnkowy, po prawie 2 dniach niejedzenia to posiłek bogów!


 Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy to jakaś wikińska świątynia?


Podziwiamy także niesamowite mgły snujące się między drzewami. 




I wizerunki obcych na drewnianych belkach.


Kończymy konsumpcję i ruszamy do domu. Jest jednak zbyt pięknie, by tak po prostu wrócić, mgły wiją się między szczytami. Do zachodu mamy jakąś godzinę, więc postanawiamy zatrzymać się gdzieś w Ślemieniu i na spontana wdrapać się na jakieś z okolicznych wzgórz, by móc podziwiać to wspaniałe widowisko. To był naprawdę szalony romantyczny zryw. W końcu docieramy na polanę, akurat w momencie, gdy niebo zaczyna nabierać dobrych kolorów.





 Siedzimy i kontemplujemy, ochujemy i achujemy, tylko Szczur jest głosem rozsądku, który mówi, że pora wziąć dupe w troki i wracać do auta. Kilka razy pada „jeszcze 5 minut”, ale w końcu idziemy. 
Zawsze chciałam zrobić takie zdjęcie. Poświęciłam sie dla sztuki i wtargnełam w chaszcze i bagno, by je zrobić, ale wreszcie je mam!


A potem już tylko powrót do szarej rzeczywistości,  nad którym nie ma sensu sie rozwodzić :P

sobota, 5 kwietnia 2014

Diablak

Muszę się nauczyć sumienności w dodawaniu notek. Dziś będzie trochę o wyprawie na Królową Beskidów, a przynajmniej tyle, na ile mój alzheimer pozwoli. Otóż zeszłego lata podczas pobytu na radosławowej melinie postanowiłam w końcu wprowadzić mój odwieczny plan w życie i wybrać się na Diablak. Kiedyś już miałam jedno diablakowe podejście, wybrawszy się z Koszarawy na ciężkim kacu, z jedną tylko lichą butelką wody w potworny upał, ale rzecz skończyła się na Mędralowej i  tęsknych spojrzeniach rzucanych w stronę Królowej. Obiecałam sobie wtedy, że następnym razem choćby się waliło i paliło Babia będzie moja!

Bladym świtem o 13 wyruszyliśmy w drogę. Przedzierając się radkolimuzyną z Koszarawy do Zawoi straciliśmy godzinę. Kiedy postawiliśmy nogę na szlaku było lekko po 14 i szykował się niezły zapieprz, a w dodatku było obrzydliwie gorąco. Na szczęście cała droga do Markowych Szczawin wiodła przez las, po znienawidzonych przeze mnie nibyschodkach.

 Poszło wręcz ekspresowo, a przez całą drogę toczyłam w sobie wewnętrzną walkę, który szlak na Diablak wybrać. Diabelskie podszepty mówiły mi, bym porwała się na perć akademików, ale z drugiej strony pamiętałam, jak kiedyś na Świstówce prawie zjechałam na zawał na widok łańcuszka. Ostatecznie wybrałam bezpieczniejszą opcję, w sumie z chyba nieco ładniejszymi widoczkami. Aczkolwiek ostatecznie po wizycie na Babiej okazało się, że mój lęk wysokości chyba gdzieś przepadł i siedząc na kamorach na szczycie patrzyłam sobie w dół bez większych rewelacji, machając beztrosko nogami. Chociaż drabinka na Koziej Przełęczy chyba wciąż nie dla mnie.
 Oblężone Markowe Szczawiny. Szczam na nie i spierdalam czym prędzej w dziki las.
Cisnąc na szczyt Diablaka ciągle przystaję i oglądam się za siebie, wzdychając do Małej Babiej, która wynurzała się zza czerwieniących się jarzębin.



Przed szczytem jeszcze krótka wspinaczka po kamiennej kopie i jest! Bogowie! Nie będę nic pisac, bo żadne słowa by tego nie oddały. Od czasu wizyty na Babiej już nic mnie tak nie zachwyciło i muszę przyznać, że cierpię na chroniczny niedobór wysokości.

 Widok na Taterki dziś nie oszałamia.

 Rude spełnione.
Na szczycie spędziliśmy jakieś 2 godziny, Randalf, głos rozsądku na tej wyprawie, marudził, że trzeba wracać, bo będzie ciemno, chodźmy już, nie ma czasu, bla bla bla, ale no po prostu nie mogłam stamtąd pójść, było za pięknie, a w dodatku miałam cichą nadzieję, że uda mi się poociągać aż do zachodu słońca.

 Niestety nadzieja matką głupich i w końcu się zebrałam. Schodząc ze szczytu po kamorach, spotkałam ziomka, któremu co najlepsze śniło się tej nocy, że łaził ze mną po górach, czy coś.
Co chwila odwracałam się, robiąc przeciągłe "oooooch".
 Friedrichowe kolorki! To co lubię najbardziej!
Kiedy schodzimy w las, robi się coraz ciemniej. Cudowne czerwone słońce prześwituje między drzewami,  a żal, że nie ma mnie w tym momencie na szczycie sięga apogeum. WRRRR.
Kiedy dochodzimy do radkolimuzyny jest już totalnie ciemno. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym na sam koniec wycieczki prawie nie zabiła się potykając się na asfaltowej drodze o własne nogi. Księżyc świecił nad Diablakiem, a ja postanowiłam zasugerować przedarcie się przez góry skrótem do Koszarawy.Wyśmienity pomysł. Okazało się,  że w pewnym momencie znikły wszystkie drogowskazy na Koszarawę i musieliśmy polegać jedynie na swojej intuicji i orientacji w terenie, czyli błądziliśmy długo, ale przynajmniej była przygoda!
Po powrocie na melinę zastajemy party hard, odbieramy wyrazy uznania, że nam się chciało po górach łazić, a ja dostaję placka od Barbary i nieoczekiwanie wyznania miłosne połączone z rzucaniem mną o ścianę ^^'