środa, 25 grudnia 2013

Po Beskidzie Żywieckim hasanie - część II - Rysianka, Lipowska, Boracza

Na początku szlaku wita nas błotko. Lawirujemy sprytnie między małymi bagnami i w końcu zdobywamy kolejny szczyt podczas tej wyprawy, a mianowicie tajemniczy BRTS. Czyli Palenicę, jak się potem okazało. Ale BRTS bardziej mi się podoba.  Od tego miejsca większość ekipy zamienia się w Walking Dead. Moje buty praktycznie rozsypują się po drodze, ale trza iść dalej, choć kamyczki fundują stopom masaż.

Co jakiś czas mijamy człowieków,   niedźwiadki jeśli są, to nie wchodzą nam w drogę. Schodzimy, podchodzimy i tak w kółko. I wreszcie docieramy na Rysiankę. Okazuje się, że szczytujemy z papieżem. I doznajemy wniebowstąpienia.
Na Rysiance jest bowiem jedna ze stacji papieskiej drogi światła, czy jak to się tam zwie. Po prostu papież lubił sobie tamtędy hasać i postanowiono to upamiętnić.
Wypadałoby rozejrzeć się za jakimś miejscem do nocowania, postanawiamy jednak najpierw zamelinować się w schronisku i zaaplikować sobie jakieś węglowodany.  Herbata musi być. I jej ociekające artyzmem zdjęcie. W sumie nie pamiętam, po co robiłam zdjęcie herbacie, ale skoro już jest...xP
Burżuazyjny Szczur zamawia sobie schaboszczaka większego niż talerz i czekoladę z bitą śmietaną, podczas gdy ja dojadam mój spłaszczony cebularz ;_;
Obok nas siedzi jakaś rodzina i przegląda księgi wpisów pamiątkowych. Opluwam się, słysząc jak mała dziewczynka pyta swoją mamę niewinnym głosikiem: „Mamusiu, a co to znaczy ruchać?” xD Od razu  księgi idą w ruch, ale nie znajdujemy tam takich smaczków, głownie „supcio schronisko” i wszelakie peany pod jego adresem. Wydaje mi się jednak, że jak najbardziej zasłużone.
Gdy Szczurosław uporał się z kotletem dźwigamy rzycie i pędzimy szukać miejscówki do rozbicia namiotu na dziko, bo zaczyna się delikatnie ściemniać. Krążymy po polanie, ale każde potencjalne miejsce ma jakiś feler. Albo za blisko szlaku, albo za wysoka trawa, w której nie wiadomo co się czai, a chyba nikt nie chciałby się obudzić ze żmiją w namiocie. Ja na żmije mam wyjątkowe szczęście, bo jak wiadomo ciągnie swój do swego. Robi się coraz ciemniej, a my coraz bardziej nerwowi. W końcu stwierdzamy, że pieprzyć i idziemy legalnie zanocować na polu namiotowym. 12 złotych od osoby ;_; A w moim przewodniku z 97 piszą, że można zanocować za 2 złote od NAMIOTU, skandal! ;_;
Rozbijamy namiot z drobnymi problemami, ale w końcu jakoś stoi. Szczurosław w międzyczasie męczy się ze swoim dziadostwem z Biłgoraja, który pamięta chyba jeszcze czasy drugiej wojny światowej.  Nigdy wcześniej tego ustrojstwa nie rozkładał, chyba nawet brakuje tam jakichś części, cholera wie. Zwierzenty bawią się w inżyniera, próbuje zrobić z tego jakieś tipi, ogarnął ją twórczy szał. Ale kiedy kończy, namiot w efektownym stylu na powrót staje się bezładną kupką żelastwa. W końcu Szczurosław  zostaje zmuszony do wynajęcia noclegu w schronisku, dostaje pokój z 5 dziewczynami, więc chyba całkiem nieźle na tym wyszedł xD Przez cały czas możemy podziwiać wiszący nad Pilskiem krwawy księżyc niczym w podrzędnych amerykańskich horrorach,  gdzie zawsze zostaje zaszlachtowany jakiś blond włosy i cytaty piczon.
 Zdejmujemy buty…. Po kilku sekundach dusimy się i wypierdzielamy obuwie Pana Czedara  dwa kilometry od namiotu, ale dalej śmierdzą. Noc spędzam  telepiąc się w śpiworze i zastanawiając się czy zakryć pysk chustką i się udusić z braku powietrza, czy udusić się przez wszechobecny smród skarpet. W końcu zasypiam, chociaż ciężko odróżnić jawę od snu. Naćpałam się skarpet, czy ki diabeł. Koło namiotu ciągle ktoś krąży, przypominam sobie wszystkie horrory o śpiących pod namiotami, jakie widziałam,  skarpety śmierdzą, czas mija.
Ustawiam budzik, chcąc zrealizować mój ambitny plan zobaczenia wschodu słońca. Potem ustawiam niezliczoną ilość drzemek. I ostatecznie kiedy wyczołgujemy się z namiotu słońce wisi już wysoko na niebie. Muszę przyznać, że wypiździało mnie konkretnie.  Zwijamy klamoty, w schronisku konsumuję ciasto jagodowe, ABSOLUTNIE WYBORNE, każdemu kto tam latem zawita polecam skosztować, Czedar niemalże zostaje wywalony za usiłowanie spożycia paprykarza, ostatecznie on i Szczur zajadają się  frank futerkami,  pozując do jakże uroczej sesji zdjęciowej. 
Tego dnia głównym celem jest dworzec w Milówce, ale po drodze  zahaczamy jeszcze o Halę Lipowską i Boraczą. Hala Lipowska w porównaniu do Rysianki wypada blado.   
Ponoć tamtejsze schronisko jest bardzo ładne  i klimatyczne,  jednakże nie miałam okazji tego zbadać, niemniej następnym razem tam wstąpię, choćby pod pretekstem zgarnięcia pieczątki, które niestety dopiero po tej wyprawie zaczęłam zbierać. Mijamy Lipowską, nie zaszczycając jej zbytnią uwagą i pędzimy na Boraczą.  Mniej więcej w połowie drogi trafiamy na przybite do drzewa ostrzeżenie, jakoby szlak był zamknięty przez jakże straszne osuwisko, które czyha tam na życie wędrowców. Postanawiamy zaryzykować, dodaje to dreszczyku emocji naszej wyprawie.
Krajobrazy dość przygnębiające, ciężkie chmury na niebie, wszechobecna wycinka, momentami straszy nas deszcz.
Cmentarzysko drzew.


Strasznie podoba mi się kontrast między tym uschniętym drzewem, a zielenią dookoła.
 Szczurosław na dachu świata

  W pewnym momencie mijamy gromadę dzieci, jakieś kolonie, czy coś. Dzieci na zamkniętym szlaku z jakże strasznym osuwiskiem! Olaboga! Idymy dalej, ale piszę te słowa i to wcale nie ze szpitalnego łóżka, więc przeżyłam jak widać. 
Po dłuższym czasie tuptania docieramy do Boraczej, gdzie gwarno i tłoczno, podoba mi się najmniej ze wszystkich odwiedzonych podczas tej wycieczki hal. Ale wciąż ładnie, w końcu to góry. Nie zabawiamy tam długo, bo czas goni, pociągi nie mają w zwyczaju czekać. Na Boraczej natrafiamy jeszcze na niezwykle dziwne widowisko, a mianowicie góralską orkiestrę dającą koncert w polu xD
Zbiegamy do Milówki, druga połowa szlaku strasznie nudna, jak to asfalt. Szlak wiedzie między zabudowaniami,  mijamy krwiożercze gęsi i masę innego pałętającego się pod nogami tałatajstwa. Szczerze powiedziawszy wolałabym już niedźwiedzia, albo hordę zombiaków spotkać na szlaku niż stadko gąsek. Uraz z dzieciństwa, nienawidzę.
Trafiamy też na lwa domowego.
Docieramy na dworzec, gdzie nasza wycieczka dobiega końca.  Być może uda nam się zmierzyć z tym szlakiem jeszcze tej zimy. Taaaaa, "zimy"...
A skoro już o „zimie” mowa, to tęskno mi za świętami jak z bożonarodzeniowej pocztówki. Śniegu napierdzielone po pas, szyby w oknach pokryte szronem, trzaskający mróz. A teraz… Nawet stokrotki zakwitły mi za oknem.
Niemniej,  jeśli nie psuć sobie humoru patrzeniem za okno, to można się całkiem przyjemnie opierniczać i wpierniczać pierniki. A potem w góry, palić świąteczne kalorie :3

sobota, 21 grudnia 2013

Sierpniowe reminiscencje - z Beskidem Żywieckim obcowanie, część I - PILSKO

I stało się. Wyruszamy na pierwszą stadną górską "wycieczkę szkolną". Czyli jak to zwykle na takich wycieczkach bywa: sodoma gomora i wszelaka rozpusta. Pobudkę o 5:30 wspominam jako najgorszy koszmar. Gdyby za oknem było ciemno, to przypuszczalnie okryłabym się szczelniej kordłą, a góry oglądałabym jedynie w snach.  Ale z racji faktu, że na dworze było już widno, wyczołgałam się z łóżka, zebrałam klamoty i wyruszyłam w świat, ziewając raz po raz. Do Żywca jechałam wychylając głowę przez okno pociągu (kiedyś pewnie  ujebie mi ją jakiś słup, ale mówi się trudno i żyje się dalej), chłodny wiatr tchnął we mnie nieco życia, Szczur raczył nas sucharami, wpieprzając bułki z szyną: „dlaczego z szyną? Bo jedziemy po szynach”, hehehehe. Było też bicie rekordu w ilości wsadzanych do mordy bułek.
  W Żywcu wyruszamy na poszukiwanie oscypków i ciśniemy na dworzec PKS. Rozkłady twierdzą, że jesteśmy uziemieni. Postanawiamy udać się do informacji, gdzie NIC się nie dowiadujemy, siedzący tam jegomość został chyba zaprogramowany  na odpowiadanie jedynie „nie wiem” albo „tam jest rozkład”. Na pytanie „dlaczego pan tu siedzi?” też pewnie padłaby odpowiedź „tam jest rozkład”. I kiedy chcemy już płakać nad naszym marnym losem i cisnąć z buta do Korbielowa, podchodzi do nas pewien dobry człowiek i informuje, że z dworca PKP odjeżdżają busy prywatnych przewoźników i że całkiem sporo ich jest. Niech bóg go wynagrodzi, dziękujemy mu i mkniemy na bus do Korbielowa, który zjawia się całkiem szybko. Wyłazimy na Kamiennej,  gdzie swój początek ma zielony szlak, ale postanawiamy poczłapać na słowacką granicę, zaopatrzyć się w ichniejsze specjały, obłowić się w oscypki (wydałam na nie większość pieniędzy przeznaczonych na wyjazd ;_;) i udać się czerwonym szlakiem z Przełęczy Glinne na Pilsko. Szlak ów wiedzie przez las i nie należy do zbyt męczących, ale też w widoki nie obfituje. Obracając się od czasu do czasu w tył można było podziwiać w całym jej królewskim majestacie Babią Górę. Brak mi słów, które oddałyby piękno lasu, którym dreptaliśmy. Ziemia pokryta aksamitnym zielonym mchem, omszałe prastare drzewa, wszystko takie mistyczne i tajemnicze. Chyba najładniejszy górski las, w jakim byłam. 
To tak by nie zostać gołosłownym...


Zatrzymujemy się przy wodopoju, by napełnić puste butelki. Woda z butelki po Kofoli dalej smakowała Kofolą 

W końcu wynurzamy się z lasu i osiągamy pierwszy punkt naszej wycieczki, a mianowicie Halę Miziową.


Wchodzimy do schroniska, ale czmychamy stamtąd czym prędzej. Moim zdaniem  to jedno z najpaskudniejszych schronisk, w jakich byłam. Niby nic mu nie można zarzucić, bo schludne, zadbane, itepe. Ale… zero górskiego klimatu, a jego wnętrze przypomina jakiś wiejski lokal. Brrr. Czedar jak zwykle jara się mapą.  Jeszcze oscypek z widokiem na Diablak i w drogę. Do wejścia na Pilsko wybieramy szlak czarny. Naczytałam się, jakiż to on nie jest forsujący, jakiż to stromy, jakże to odradzany do wejścia, nie idź tam człowieku, bo flaki sobie wyprujesz, ale przyznać muszę, że był całkiem przyjemny.  Będąc na Pilsku  w październiku, wybrałam do wejścia żółty, nieco bardziej ekstremalny  bym rzekła. Zwłaszcza dla osoby z lękiem wysokości (cóż za ironia losu, kochać góry i mdleć na widok najniewinniejszej przepaści) i śliskimi butami z odpadającą podeszwą. No i o wiele bardziej podoba mi się widok z czarnego.  Na tą mniej cywilizowaną część gór. 

Szlak ciągle dawał nam nadzieję, wydawało się nam, że szczyt będzie już teraz, zaraz, za tą górką, jeszcze tylko parę metrów i koniec, po czym wyłaniała się kolejna górka, klęliśmy pod nosem i szliśmy dalej.  W końcu szczytujemy, ale coś mi tu nie gra, na tabliczce nie zgadza się wysokość (wszyscy na Pilsku tacy nowi, ach). Okazuje się, że  mamy jeszcze 15 minut do przejścia kosodrzewinowym labiryntem. W moim przewodniku ostrzegali, by nawet latem mieć w plecaku na wszelki wypadek czapkę albo szalik, bo na Pilsku zawsze nieźle wywija.  Zbagatelizowałam to i nie zabezpieczyłam się, za co później nieźle pokutowałam telepiącymi się z zimna dłońmi usiłując pstrykać zdjęcia. Coś chyba nie mam szczęścia do widoków z Pilska. Coś mnie ta góra nie lubi chyba. Liczyłam na wspaniałą panoramę Tatr,  mogłabym powiedzieć, co  zamiast tego było widać, ale nie chcę się brzydko wyrażać.
 Robimy sobie słit sesję na szczycie, której efektów tu nie będę zamieszczać, albowiem  życie mi miłe, a następnie schodzimy czarnym do Hali Miziowej sino-zieloni z zimna, stamtąd zaś postanawiamy kontynuować nasz samobójczy marsz, udając się na Rysiankę.
...Ciąg dalszy kiedy mi się zachce.
No i muzyczka. Co prawda do wycieczki pasuje jak pięść do nosa, ale ładna jest i adekwatna do dnia dzisiejszego, więc sobie wstawię, a co! Mój kawałek internetów to mogę! http://www.youtube.com/watch?v=fNzmR47fDgw

piątek, 13 grudnia 2013

Piździawa na Skrzycznym

Miałam już dość wzdychania do monitora, uznałam, że czas najwyższy ujrzeć na własne oczy góry w zimowej szacie i doświadczyć mrozu na własnej dupie – dla mnie sama przyjemność -  mój bzik na punkcie zimy jest powszechnie znany. Wyruszamy bladym świtem o 9:15. Na miejscu meldujemy się o 11 i od razu pędzimy na niebieski szlak.  Zawsze daje mi w kość, ale w jakiś pokrętny sposób lubię ten wycisk. Naprawdę porządne zmęczenie się w górach daje ten cudowny rodzaj satysfakcji, którego zdeklarowani kanapowcy nigdy nie zrozumieją. Im wyżej, tym więcej śniegu, a mniej błota.  Wygląda na to, że jesteśmy jednymi wariatami, którzy pokusili się na zdobycie Skrzycznego tego dnia.  Jak już trafiamy na człowieków, to schodzących do Szczyrku, nawet kolejka opustoszała.
Uwielbiam te stare chatynki, zagubione między wzgórzami. Kiedyś sobie sprawię taki szałasik z dala od cywilizacji i będę człowiekiem spełnionym.

Dochodzimy do Jaworzyny, szczyt Skrzycznego majaczy gdzieś we mgle, wieje jak sto diabłów. Pokrzepiamy się herbatką, wiatr prawie porywa mi kubek, i brniemy wyżej. Postanawiamy sobie nieco skrócić drogę i kawałeczek podejść stokiem, okazuje się jednak, że na stoku robota wre. Mija nas jakiś całkiem miły pan, informując, że mamy zachować ostrożność, a najlepiej zawrócić. Zaraz po tym schodzi kilka kroków niżej i wbija w śnieg znak zakazu ruchu, hmmm... xD Widząc sunące na nas ze wszystkich stron kupy żelastwa postanawiamy jednak iść szlakiem, choć ostatecznie i tak musimy jakoś przedrzeć się przez stok, który w swej wyższej partii jest całkowicie rozkopany. Robimy wielkie UFFF, gdy zostawiamy w tyle ten cyrk.
 To, co lubię najbardziej: wszystko wygląda jak spryskane bitą śmietaną :3



Ciekawy kontrast między uginającymi się pod ciężarem śniegu choinkami na górze, a zielonymi poletkami w dole.

 Zdobywamy Szczyt, gdzie absolutnie NIC nie widać, a wiatr stara się mnie oderwać od ziemi. 

Mija nas grupka wędrowców, wyrostek w wieku około 18 lat mówi mi „dzień dobry”, podczas gdy ludzie bardziej zaawansowani wiekiem rzucają wesołe „cześć”, dawno nie poczułam się tak staro ;_; Z widoków nici, biegniemy więc zabunkrować się w schronisku, w którym jak zwykle hasają wesołe burki,  i rozmrozić się grzańcem.
Wypełzamy na dwór, wędrujemy tradycyjnie w stronę Malinowskiej skały, a oczom naszym ukazują się takie oto zapierające dech w piersiach widoki. Byłam już na Skrzycznym parę razy, zawsze narzekając na widoczność, ale nigdy nie było aż tak fatalnie

Nie ma sensu wędrować dalej, mleko dookoła. Musimy zawrócić.
Przy schronisku zerwał się straszliwy wiatr, jego huczenie mieszało się z jakimś szwargoleniem wydobywającym się z głośników przy kolejce. W sumie, pogoda idealna na gadanie po niemiecku.  Przez mą ryżą łeb przegalopowały skojarzenia z „Dead snow”.  Stwierdzam stan: za dużo horrorów.


Droga na dół iście ekspresowa, na tyłku ze Skrzycznego zjeżdża się o wiele szybciej xD
Jeszcze parę sielankowych widoczków słitaśnego zimowego nieba o zachodzie słońca.

Generalnie  mogłabym co weekend szczytować na zimowo, ale niestety na jakiś czas uziemił mnie śmiertelny katar. Pozostaje mi smarkanie w domowym zaciszu i czytanie Gry o tron, niecierpliwie przewracając kartki, nie mogąc się doczekać akcji  za Murem.

Muzyczka: http://www.youtube.com/watch?v=Cu-mY-MVTaw

niedziela, 1 grudnia 2013

Piździ

Tam gdzieś powinno być widać Tatry... A przynajmniej teoretycznie.
Relacja potem, kiedyś tam, jak dupsko swe rozmrożę.
http://www.youtube.com/watch?v=W0TN90YfPFQ

sobota, 30 listopada 2013

Wielka Czantorya

Wielka Czantorya od zawsze odstraszała mnie swoim oblężeniem. Miliony ludzi czekających w kolejce na kolejkę są stałym elementem tamtejszego krajobrazu.  Byłam na tym pagórze parę razy, jako kilkuletni brzdąc, niechlubnie wjeżdżając nań kolejką. W sumie, nie pamiętam, czy mi się podobało czy nie. Pamiętam, że było tłoczno. Pewnej jesiennej niedzieli postanowiłam się przeprosić z Czantorią i  dać jej kolejną szansę.  Przed wyruszeniem w drogę należy pokrzepić się oscypkiem.  I tak też czynię. A potem cisnę do góry, pierwsze metry jak zawsze są katorgą. Szlak nudny jak flaki z olejem, za atrakcję robią jedynie liście doskonale kamuflujące kamienie, przez co można łatwo się pośliznąć i skręcić kostkę.
  Dookoła nic ciekawego, toteż prę do przodu bez przerw na zdjęcia.  Sap sap,  i  końcu jest! Polana Stokłosica,  a ilość gawiedzi na niej przyprawia o zawrót głowy. Moim oczom ukazuje się istny festiwal golonki i piwa. Postanawiam ominąć to jak najszybciej. Śmiecham widząc  tłumy garnące się, by zjechać na dół. Nigdy nie pojmę dlaczego ludzie wolą stać przez pół godziny w oczekiwaniu na kolejkę, podczas gdy w tym czasie spokojnie dokulaliby się na dół. I zupełnie za darmo. No i spaliliby trochę kalorii po goloneczce.
Do Czantorii planowo jeszcze pół godziny, ruszamy więc! 
Ach, to jest właśnie to, za co kocham  góry, błogi spokój i cisza na szlaku! <3
Muszę przyznać, że już dawno nie widziałam takich pielgrzymek na szlaku. Bydło, bydło wszędzie.

No i szczytujemy. Okazuje się, że aby posmakować czantoryjskich widoków trzeba zapłacić.

 Prychamy i lecimy  szukać estetycznych wrażeń po czeskiej stronie. Trafiamy na całkiem miłą polanę  nieopodal schroniska, skąd można podziwiać wcale urocze widoczki.  Choć dupy nie urywają.


Postanawiamy zahaczyć o ten czeski przybytek, liczę, że uda mi się dorwać Kofolę, napój bogów. Połączenie smaku coli ze smakiem kropli żołądkowych zawsze na propsie.  Kupuję litrową butlę i do tego bylinkovy caj w pakiecie,  najdziwniejsza z oferowanych tam herbat, muszę spróbować. Nieufnie wącham specyfik, odrzuca mnie, ale wypijam dzielnie, bo przynajmniej rozgrzewa, a pieruńsko mnie przewiało na tej Czantoryi. Nie ma sensu dalej wędrować, słońce powoli chyli się ku zachodowi.
Cheatujemy i zbiegamy stokiem, nogi same pędzą, kamieni dużo, więc trzeba uważać, by nie wyrżnąć na ryj.  Gdy dochodzimy do auta jest już prawie ciemno. Po tej wyprawie przypomniałam sobie, czemu nigdy nie szalałam jakoś szczególnie za Czantorią.

I adekwatna muzyczka:
 http://www.youtube.com/watch?v=9SxjvpcSTz4

piątek, 29 listopada 2013

Misty mountains cold - Równica

TRASA: http://mapa-turystyczna.pl/route/zfb3
Pierwsza górska eskapada w tym roku. Po długiej zimie czas rozruszać stare kości, a zbolałe od ślęczenia nad książkami do licencjatu oczy są spragnione pięknych widoków. (w tym miejscu zły los mówi "taki chuj!" i wypina się na mnie ;_; )
Pobudka bladym świtem, czyli to, co lubię najbardziej. Z ledwo rozklejonymi oczami nieprzytomna pakuję manatki do plecaka i gotuję herbatę, acz tylko w zamierzeniu. Jak się potem okazało, zapomniałam wrzucić do termosu torebki z herbatą, ale gorąca woda z syropem malinowym też nie była zła.
Pakujemy nasze zacne zadki do samochodu, pogoda nie napawa optymizmem. Za cel podróży obraliśmy Ustroń, skąd udamy się czerwonym szlakiem na Równicę, a później podążymy dalej w stronę Orłowej i Trzech Kopców. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że deszcz pokrzyżuje nam plany.
Wyczołgujemy się z samochodu, miny nam rzedną na widok ludzi w przeciwdeszczowych pelerynach i gór totalnie zasnutych mgłą. Byle deszcz nie jest jednak w stanie nas złamać, więc ziewając ciśniemy na szlak, choć ja forsuję by jeszcze zahaczyć o wystawę psów i pooglądać płaskopyskie szkarady <3
Początkowo szlak jest dość nudny, wiedzie drogą między domami uzdrowiskowymi, Bieber zdążył już zjeść połowę swego prowiantu.

Kierowani znakami wchodzimy w las, gdzie szlak postanawia nam zafundować trochę atrakcji w postaci ostrych podejść i błota po pas. Deszcz i pot spływają nam po mordach. Było coraz bardziej ślisko i stromo, a my sapaliśmy coraz głośniej, jako że kondycja po półrocznym gniciu na kanapie, albo expieniu przed kompem leży i kwiczy. Mlask Mlask, błoto obrzydliwie mlaszcze pod nogami. Szlak nie należy do widokowych. Nawet gdyby nie wszechobecne mgły i tak byśmy figę z makiem zobaczyli, bo drzewa rosły tam gęsto. Muszę przyznać, że mgły w lesie wyglądały kapitalnie. Na poparcie mych słów zapodam teraz serią zdjęć. Takich do fapowania.
Przystawaliśmy co chwila, pstrykając jak szaleni, a przy okazji był to dobry pretekst do złapania oddech.

Dwie wersje kolorystyczne, bo nie umiałam zdecydować, która lepsza xP






Po morderczym podejściu, które w przewodniku było określone jako "łagodny łuczek", dochodzimy do miejsca, w którym prześladowani ewangelicy odbywali nabożeństwa w XVII wieku. Historia prześladuje mnie nawet na wycieczce ;_;
Potem sapiemy jeszcze trochę, by w końcu dojść na szczyt, imponujące 885 m., a naszym oczom ukazuje się... no właśnie, znowu ta cholerna mgła.
Z racji faktu, że nie mamy na ciele żadnego suchego miejsca, uznaliśmy, że warto byłoby się gdzieś zamelinować, by wysuszyć łachmany przed dalszą wędrówką, a jeszcze sporo było przed nami. Wybór pada na "Gospodę pod czarcim kopytem", jedną z najbardziej klimatycznych knajp, w jakich miałam okazję być. Fotek brak, bo mój lichy aparat niedomagał przy tamtejszym oświetleniu. Siadamy przy ogromnym palenisku, zamawiamy po czarcim napoju, napitku który miał być czymś w rodzaju miłosnego eliksiru. Nie powiem, tym specjałem knajpa zdobyła moje serce xD Gdy z głośników popłynęła moja ulubiona płyta Loreeny McKennitt nie miałam ochoty ruszać stamtąd tyłka, ale w końcu się przemogłam. Otwierałam drzwi z nadzieją, że oślepią mnie promienie słońca, ale znów chlusnęło mi w ryj deszczem ;_;
Ciężkie chmury nie rokują najmniejszych szans na jakiekolwiek widoki. Pogoda stawia nasze dalsze plany pod znakiem zapytania. Ostatecznie postanawiamy brnąć dalej przez morze błota, na szlaku ani ćwierci żywej duszy. Klniemy pod nosem i ciśniemy na Orłową. Momentami mgła się rozprasza, odsłaniając kawałek okolicznych wzgórz, ale chwilę potem wszelkie nadzieje zostają brutalnie odebrane przez nową porcję mgieł i deszczu.

 Aparat idzie w ruch, gdy mijamy urokliwy las. Dokładnie tak wyobrażałam sobie Mroczną Puszczę, czytając Hobbita.







 Trafiamy na dziwne znalezisko. Kitę włosów przybitą do drzewa. WTF?! Jakiś dziwny przejaw lokalnego folkloru, postrzyżyny na szlaku, czy ki diabeł? Z leksza niepokojące, zaczynam się czuć, jak bohaterka horroru.

 Gdzieś w połowie drogi na Orłową postanawiamy utopić smutki w alkoholu i wyciągamy Somersby. Kilka dni wcześniej Rann i Bieber zakupili ponad sto sztuk na przeterminowaniu, korzystając z promocji.

Ostatecznie docieramy do Orłowej. Gdzie delektujemy się wspaniałymi widokami.


Tam kapitulujemy. Jak się potem okazało nie była to najlepsza decyzja podjęta tego dnia, bowiem ledwie wróciliśmy na Równicę, pogrzaliśmy się chwilę Pod Czarcim kopytem (gdzie dalej leciała Loreena), to dokonała się magiczna przemiana, którą najlepiej zobrazują zdjęcia:



Których jakością na tym portalu jestem przerażona. Zły blogspot, niedobry!
 Pędzimy wyżej, spragnieni wreszcie jakichś widoków. Mgły odsłaniają pobliskie pagóry, serce się raduje, a bateria w aparacie rozładowuje od zdjęciowego szaleństwa.
Zaczyna się robić późno, więc ślizgając się po błocie schodzimy w dół, do centrum. Woda wesoło chlupoce w butach, dla których ta wyprawa okazała się być gwoździem do trumny. Słońce odmieniło nie do poznania znajomy las.  Nagle okazuje się, jak bardzo w nim zielono.


Podsumowując, całkiem miła eskapada na dobry początek. Wielkim plusem był fakt, że Równica tego dnia była zupełnie opustoszała. Niestety jest to skutkiem minusu, czyli pogody xD Cóż, nie można mieć wszystkiego. Ten niezwykle popularny ze względu na swą dostępność (można go zdobyć samochodem ) pagór, nigdy nie był moim ulubionym, a ta wycieczka nie zmieniła tego. Choć pewnie jeszcze nieraz tam zawitam.

No i soundtrack musi być:
http://www.youtube.com/watch?v=6fx15mA4TRg